szybki pociąg, daniel-abadia-unsplash CC-0
LFX

Rozciągnięty i nie-pociągnięty

Niedługo minie 10 lat, od kiedy postawiłem tego bloga. Pomyślałem że to dobra okazja, żeby wrócić do tematu, który mocno eksplorowałem w początkach pisania: osobistej produktywności. Pokażę Ci, czego pod tym względem się nauczyłem przez ten czas, co potwierdziłem jako skuteczne, co odrzuciłem. Zrobimy taki powrót do przyszlości – bo w końcu chodzi o czas.


Wiem, temat jest obracany pod różnymi nazwami dosłownie wszędzie. I, przyjmując standard rynkowy, w tym momencie powinienem podać Ci przykład pokazujący, jak to dzięki swojej wiedzy i wypracowanemu systemowi ogarnąłem coś niesamowitego. A więc…

Narracja będzie inna, niż wszędzie

A więc ja przyjmę standard świętego Pawła (2 Kor 12, 9) i 

będę się chlubił z moich słabości.

Nie mylić ze „z moich słabości, które pokonałem”. Wezmę na warsztat główny powód, dla którego na blogu widzisz tak mało nowych tekstów. Ale nie pójdę w banał: nie będzie to ani „nie mam czasu”, ani „nie wyrabiam”.

Bo życie jest podróżą

Ostatnio częściej podróżuję pociągiem i właśnie kolej wykorzystam do ilustracji, o co chodzi. Gdy na peron podjeżdża Pendolino, które ma mnie zabrać na przykład do Warszawy, w kabinie „z przodu” siedzi maszynista, który decyduje, kiedy pociąg ma jechać (i z jaką szybkością), a kiedy się zatrzymać. Do tego steruje masą rzeczy, których pewnie nie jestem świadomy, a które są ważne, aby pociąg przejechał z punktu A do punktu B jak w rasowym zadaniu z podręcznika do fizyki w podstawówce.

I to jest „szybka ścieżka” produktywności, o której zwykle się mówi. Wiesz, że jesteś w punkcie A i chcesz dostać się do punktu B, wsadzasz motywację za stery i pozwalasz prowadzić jej swój pociąg.

W klasycznym podejściu możesz też przeczytać, że w pewnym momencie motywacji Ci zabraknie. Czyli tachograf (pociągi chyba też mają tachografy, prawda?) się skończy i maszynista będzie musiał iść do domu się przespać.

Chociaż nie, nawet to nie jest dobrą analogią, bo nadal jest to coś zewnętrznego w stosunku do niego.

Więc koniec motywacji to po prostu sytuacja, gdy w trasie maszynista stwierdza „Rzucam to i idę w Bieszczady”, zatrzymuje pociąg, wychodzi i tyle go widziałeś.

Brzmi nieprawdopodobnie? Tak. Jasne, że nie jest to niemożliwe, ale raczej jest to mega rzadka sytuacja.

I myślę, że dokładnie tak samo rzadko zdarza się, że komuś z nas naprawdę skończy się motywacja.

To dlaczego nie dojeżdżam do punktu B?

Dlaczego? Patrząc na moje blogowanie: bo jak tylko zacząłem pisać wstępniak do tego wpisu na zasadzie „kilka słów i idę spać”, to doszedłem w tym momencie do 2500 znaków – więcej, niż 10 lat temu narzucałem sobie jako objętość całego wpisu. A dopiero zacząłem snuć swoją opowieść. Patrząc na to: nie mam podstaw żeby powiedzieć, że nie chce mi się pisać i że gdziekolwiek na drodze blogera zabrakło mi motywacji.

Prawdziwym problemem jest to, że takie Pendolino ma kabinę motorniczego z obydwu stron. I chociaż mam głęboką nadzieję, że wbudowane systemy pozwalają w danym momencie kontrolować pociąg tylko z jednej z nich (wybaczcie moją ignorancję w temacie pociągów), to problem z moją motywacją jest taki, że w obydwu kabinach siedzą maszyniści, którzyy chcą jechać „do przodu” według siebie. A, zgodnie z zasadami dynamiki Newtona, jeśli siły działające na ciało równoważą się i jest ono w spoczynku, to ciało w tym spoczynku pozostanie.

Oczywiście, w moim przypadku maszynistów przez ostatnie pół roku było o wiele więcej, niż dwóch. Pod kątem bloga, nie grzebiąc za dużo w pamięci, chciałem:

  • pisać nowe wpisy,
  • zaplanować, co w ogóle z tym blogiem chcę zrobić i jak go sensownie prowadzić,
  • zmienić dostawcę hostingu,
  • poszukać edytora, w którym będzie mi się wygodniej pisało,
  • wymyślić sensowną strategię regularnego pisania na Facebooku i Twitterze (czy tam X-sie),
  • ustalić, co zrobić z grupą na Facebooku,
  • skonfigurować stronę tak, żeby zapewniała maksymalną prywatność czytającym (a więc i Tobie).

I to wszystko tylko w sprawie blogowania, które nie jest moim głównym zajęciem! Ciągnęło (i nadal ciągnie) mnie w tyle różnych kierunków, że nie mogłem się w żadnym z nich konkretnie ruszyć.

Jeśli śledzisz mnie od początku tego bloga (lub Wydawnictwo RTCK, które niezmiennie polecam – link niesponsorowany), możesz kojarzyć, że takiego podejścia nauczyłem się z konferencji „Pociąg wniebowzięty” Fabiana Błaszkiewicza (ówczesnego Jezuity, nagranie chyba już niedostępne w sklepach). Więc pomysł nie jest mój, ale od 10 lat co jakiś czas na nowy – i już wybitnie mój – sposób odczuwam ten efekt w swoim życiu.

A co, jeśli po prostu mam za dużo na głowie?

Stan, o którym piszę, bardzo łatwo jest pomylić z przeciążeniem pracą – tym, co przeżywasz, gdy masz do zrobienia więcej, niż możesz zrealizować w dostępnym czasie. Pamiętaj jednak, że to dwie zupełnie osobne rzeczy.

Znowu zilustruję to swoją historią: jako że blog to jeden z moich sposobów na spędzanie czasu wolnego, nie mogę powiedzieć, żebym miał do zrobienia za dużo. Nie trzymają mnie też żadne terminy, w których miałbym się zmieścić. Mogę jedynie powiedzieć, że chcę zająć się rzeczami, o których wspomniałem wyżej. I właśnie: jeśli pojawia się słowo „chcę”, to przecież ewidentnie chodzi o motywację. Właśnie taki punkt odniesienia Ci polecam: zawalenie pracą jest wtedy, gdy dużo rzeczy musisz. Jeśli dużo rzeczy chcesz, to jest to zawalenie motywacją.

Co zrobić, jak żyć?

Jak sobie z tym radzić? Znowu będę po prostu szczery: nie wiem. Jakbym wiedział, to ten wpis pewnie nigdy by nie powstał albo byłby tak daleko w natłoku nowych publikacji, że byś go nie zauważył na stronie (z tego miejsca szczególnie dziękuję tym, którzy odbierają mój newsletter i dzięki temu nie muszą się zastanawiać, czy opublikowałem coś nowego – pod wpisem znajdziesz okienko pozwalające dołączyć do tego grona).

Myślę, że na nadmiar motywacji nie ma jednego ostatecznego rozwiązania. Dopóki żyjesz, będziesz się z nim mierzył. Jak wspomniałem – u mnie za każdy razem objawia się on trochę inaczej, więc zawsze muszę szukać nowych sposobów, żeby sobie z nim poradzić. Każdy ze sposobów, który opracowałem, działa przez jakiś czas, a potem przestaje. I chyba tak powinno być – w końcu skoro się zmieniam, to nie ma żadnego rozwiązania, które będzie działało u mnie do końca życia. A opisanie moich metod z przeszłości to temat na osobny wpis, bo ten nie miał być o nich.

Dzisiaj naprawdę chcę Ci zostawić jedną myśl: jeśli czasem czujesz, że brakuje Ci motywacji przyjrzyj się temu i sprawdź, czy tak naprawdę nie masz jej za dużo. Że tak naprawdę motywacja rozrywa Cię na wszystkie strony i przez to nie możesz ruszyć do przodu (jakkolwiek ten „przód” zdefiniujesz). Tylko pamiętaj: to, że zauważyłem to u siebie wcale nie znaczy, że u Ciebie też tak musi być! Możesz śmiało powiedzieć, że u Ciebie to zupełnie co innego i będzie to zupełnie w porządku – pod warunkiem, że będziesz z sobą szczery.

Mam nadzieję, że ten wpis pokazał Ci jeden z mechanizmów „braku” motywacji, jaki możesz u siebie spotkać, a przemyślenie tematu pozwoli Ci lepiej zrozumieć samego siebie. Ja będę teraz walczył z tym, że ciągnie mnie do opisania wielu tematów (zupełnie serio – tylko na dysku mam rozpoczętych kilkanaście szkiców wpisów, a pewnie liczba doszłaby do -dziesiąt, gdybym przeszukał archiwalne katalogi), żeby niedługo opublikować następny. Możesz teraz zapisać się na newsletter, żeby powiadomienie trafiło do Twojej skrzynki od razu, gdy tylko coś nowego pojawi się na stronie.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych zgodnie z polityką prywatności w celu otrzymywania powiadomień o nowych wpisach i wydarzeniach związanych z blogiem. Nie będę Cię spamował. Będziesz mógł w każdej chwili zrezygnować z subskrypcji.